Teoretycznie różnię się od przeciętnej kobiety tym, że na zakupy chodzę w sytuacjach ekstremalnych. Nie mam tu na myśli oczywiście zakupów w spożywczaku, bo do niego zaglądam zdecydowanie częściej – mniej więcej wtedy, kiedy wędlina zmieni kolor i ponownie ożyje.

Tak – jestem kobietą i nienawidzę kupować butów! Nie no, co wy, wcale nie dlatego, że rozmiar mojej stopy to 35, a kobiece obuwie z reguły zaczyna się od rozmiaru 36. Nie! no przecież, że nikt nie odsyła mnie do słodko – pierdzącego różem działu z obuwiem dla dziewczynek. Nie – po prostu nie!

Przychodzi jednak taki dzień, kiedy podeszwa zaczyna odmawiać posłuszeństwa i podąża własną drogą. Zbuntowany lakier odchodzi bez pożegnania i buty, które do niedawna były ulubionymi zaczynają przypominać przedwojenne kalosze – jak ja tego nie znoszę!

 Wchodzę do pierwszego sklepu i stoją one, uśmiechają się do mnie z daleka. Albo te, albo żadne inne decyduję i podążam ku wybranej parze butów. Przymierzone, zaklepane, zaakceptowane przez zakupowych doradców, moje!
Mam je i nacieszyć się nie mogę – takie sobie wymarzyłam. Mam ochotę je przymierzyć, tańczyć, skakać… ubieram i ….ZA DUŻE. No tak – o rozmiar, ale wyglądem nadrabiają – próbuję usprawiedliwić nieudany zakup. Zmieniam spodnie – może one uratują sytuację i w połączeniu z nowym nabytkiem stworzą związek idealny? Oczywiście i tym razem nie mam racji – czas się przyznać przed samą sobą: kupiłam za duże buty, którymi bardziej zachwycał się mój facet niż ja sama, kupiłam buty, ponieważ miałam ochotę wydać pieniądze, jak rozkapryszona baba wzięłam ze sklepu coś, co miało poprawić mój wstrętny humor. Się nie udało, zły humor zakończył się histerią – nie, ta historia nie kończy się happy endem, poszukiwania wiosennych zaczynam od nowa!